niedziela, 28 września 2014

XIV.

-  No, mów Jack. Jak ci poszło z moją siostrą?
- Z KIM?! - krzyknąłem zdziwiony. 
- Kate Trevino, tak? Moja siostra. 
- Ale jak... Luke? 
Zaparło mi dech w piersiach. Nie potrafiłem się wysłowić. Kate ma brata?
- To tak, kiedy miałem 14 lat nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Kate była już wtedy pełnoletnia. Totalnie się załamaliśmy. Przez pierwszy rok było ok, opiekowała się mną i wgl. Ale kiedy skończyła 19 lat, powiedziała mi, że wyjeżdża i nie może mnie wziąć ze sobą. Więc od 15 roku życia jestem zdany na siebie i jak widać, radzę sobie całkiem nieźle. Ona nawet zmieniła nazwisko, tak jakby chciała zapomnieć, że jest ze mną spokrewniona. Nie kontaktowaliśmy się ze sobą od tamtego czasu, także jak widzisz, nie jesteśmy wzorowym rodzeństwem.
Czemu o tym nie wiedziałem? Byliśmy parą dosyć długo, ale nigdy nie wspomniała o tym, że ma brata. Oraz, że straciła rodziców. Chwilę później usłyszałem:
- Ona nie lubi o tym rozmawiać - jakby czytał mi w myślach. 
- Luke, a może... Może chciałbyś się z nią zobaczyć?

***
- MAAAAAAŁAAAAA !!! 
- Co? - zapytałam ze śmiechem, bo jak na kogoś kto wyszedł tylko po mleko, był aż nazbyt zadowolony.
- Wiesz o tym, że są igrzyska, nie?
- Trudno nie wiedzieć. Cały Londyn jest przepełniony sportowcami. Ostatnio spotkałam nawet polskich siatkarzy na ulicy - zobaczył, jak mi się oczy zaświeciły na wzmiankę o nich.
- Tak, no, ja wiem, że uwielbiasz te siatkarzyny. Okazało się, że jeden z nich bardzo lubi Arsenal i jak mnie zauważył w tym sklepiku, to zaczęliśmy gadać i wyszło na to, że idziemy na ich dzisiejszy mecz - wyszczerzył się tak, jakby strzelił najpiękniejszego gola w historii piłki nożnej. Widać, że jest z siebie strasznie dumny. 
- PIERDOLISZ?! - zeskoczyłam z kanapy jak poparzona i do niego podbiegłam. - Masz bilety? Masz masz masz??
- Wszystko dla mojej kochanej dziewczyny - powiedział i wyciągnął zza pleców dwa bilety na mecz Polska - Wielka Brytania. 
- MISIEEEEK!!! Kocham cię!!! - krzyknęłam i wskoczyłam mu w ramiona.
- Powiedzieli, że będą chcieli cię poznać po meczu - zaśmiał się widząc moją reakcję, ale zaraz potem popatrzył w moje pełne szczęścia oczy i mnie pocałował.


***
Colleen gada z Aaronem przez telefon, co zajmie jej co najmniej dwie godziny, bo musi z nim omówić sprawę ślubu. A ja siedzę przed telewizorem z laptopem na kolanach, bo mój kochany szef kazał robić mi na oficjalnej stronie naszej gazety relację na żywo meczu Francja - Niemcy. NIEMCY DO BOJU !!!! słyszę dobiegający z balkonu głos mojej przyjaciółki. Uważam tak samo, ale nie mogę być stronnicza opisując tenże mecz. A szkoda. Skoro Hiszpania i Anglia odpadły, zostali mi tylko Niemcy. Z zamyślenia wyrwał mnie mój telefon.
- Tak Jacky?
- Mogę przyjść? Czy jesteś zajęta?
- Nie możesz A pomożesz mi pisać relację na żywo z meczu? 
- Oczywiście, że pomogę. Będę za trzy minuty.

***
- Załatwiliście to? Przeprosił ją? Wrócili do siebie? IKER, POWIEDZ MI! 
- Hej hej hej! Spokojnie kochanie! - krzyknął Casillas. - Tak, wrócili do siebie. Ale według nich, nikt oprócz Torresa i Colleen o tym nie wie. I niech tak zostanie.
- Jasne, ja o niczym nie wiem - powiedziała zadowolona Sara. - Wydawała się jakaś inna? Szczęśliwsza? 
- Oczywiście, że tak. Od razu każdy to zauważył i już wiedzieliśmy co jest na rzeczy.
- To świetnie. Cieszę się, że w końcu nasza przyjaciółka jest szczęśliwa. 
- Ja też, nawet nie wiesz jak bardzo. A teraz chodź, trzeba się spakować, jutro lecimy na wakacje.

~*~
Wiem, że krótki, ale jest do dupy :D
Dobra, następny nie wiem kiedy.
Do następnego ;)
Buuuziaki ;**


czwartek, 25 września 2014

XIII.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak cholernie się cieszę. 
Motyle rozsadzają mi żołądek. 
On  w r ó c i ł. 
Do mnie. 
- Nie możesz na razie nikomu o tym powiedzieć. N i k o m u, rozumiesz?
- Dlaczego?
- Lepiej, żeby nikt o tym nie wiedział. Tak będzie... bezpieczniej. 
- Dalej nie rozumiem - powiedział ze śmiechem. 
Wrócił stary, dobry Jack. 
- Jak Colleen się dowie, to nie dość, że zabije ciebie, to jeszcze do tego mnie. A Hiszpanie będą w chuj zadowoleni, bo w końcu to dzięki nim. A ja nie chcę mieć żadnych pierdolonych problemów. Po prostu siedźmy cicho. 
- Jak chcesz. 
I siedzieliśmy tak, na kanapie, praktycznie się do siebie nie odzywając. 
Po prostu byliśmy. 
Upajaliśmy się swoją obecnością. 

***
Colleen nie wróciła na noc. A Jack ze mną został... Jednak kiedy rano się obudziłam, jego nie było obok mnie. Na szafce zobaczyłam tylko krótki liścik:

Kotek, musiałem wrócić do swoich :D
Zobaczymy się niedługo, obiecuję.
Kocham cię <3

Mimowolnie się uśmiechnęłam. 
To nie był żaden sen, on naprawdę jest. Mój.
Wstałam z łóżka i poszłam się ogarnąć, bo miałam jechać z Byczkami na trening, żeby trochę zdjęć porobić i coś tam napisać o nich. 
Michael powiedział, że to będzie mój ostatni artykuł o Reprezentacji Hiszpanii w czasie tego mundialu. 
Mam się zająć innymi. 
Bo nasi już odpadli. 
Usłyszałam pukanie.
- Otwarte.
- Nie prawda! - usłyszałam wrzask Col.
- Dobra, już ci otwieram haha.
- Nie wiem dziewczyno co cię tak śmieszy! - weszła naburmuszona do pokoju i rzuciła się na kanapę. - Wiesz gdzie spałam? U Torresa! Bo chciałam zostawić cię samą z Jackiem.
- SKĄD WIESZ?! - teraz to ja się darłam. Byłam wściekła. 
- Nando mi powiedział o całym planie. A potem przyszliśmy tu we dwoje, ale drzwi były zamknięte. I słyszeliśmy WASZE głosy, więc postanowiliśmy zostawić was w świętym spokoju. Został na noc? - zapytała podekscytowana. 
- Tak - powiedziałam speszona. Miała o tym nie wiedzieć.
- To cudownie! Wilshino is back!!! 

***
- Lepiej ci już kochanie? Chodźmy do lekarza, co? 
- Jest ok, nie potrzebuję żadnego lekarza - powiedziałam oskarżycielskim tonem. - To pewnie grypa. Przejdzie mi. 
- Na pewno? Ej, kotek. Pamiętaj, że ja wyjeżdżam na mecz za jakieś 2 godziny i nie będzie miał się kto tobą opiekować...
- Colleen. Spokojnie, damy radę. Nie przejmuj się mną i jedź. Macie to wygrać.
- Zrobię ci herbaty. I dam jakieś leki, bo nie mogę na ciebie patrzeć w takim stanie.
- Wyglądam aż tak źle? - zaśmiałam się. Chciałam rozładować atmosferę, ale Jackowi nie było do śmiechu. 
- Wyglądasz strasznie, właśnie dlatego chcę cie zaprowadzić do lekarza. Ale ty jesteś zbyt uparta. 
- Też cię kocham, ty mój piłkarzu! 
Na jego twarz wszedł leniwy uśmiech. 
Wygrałam. 

***
- Wasza ostatnia sesja ze mną. Jeszcze jeden mecz i jedziecie do domu.
- A ty? - zapytał ze smutkiem w głosie Ramos.
- Przecież wam mówiłam na początku, że zostaję do końca, bo szef mi tak kazał. A teraz idźcie trenować, bo muszę wam ładne zdjęcia porobić! 

***
- Masz jakieś plany na wakacje? -  zapytał Jack. Właśnie byłam w trakcie prowadzenia bardzo inteligentnej rozmowy telefonicznej.
- Oczywiście, że tak! Ogarnij, że do 14 lipca jestem w słonecznej i ciepłej Brazylii, a potem jadę do Madrytu! Żyć, nie umierać! - zaśmiałam się do słuchawki. 
- Bardzo śmieszne, Kate. Biorąc pod uwagę to, że Anglia też odpadła i mamy już tak jakby wolne, mógłbym z tobą zostać. 
- Jak chcesz Jack. Dobra, przemyśl to sobie jeszcze. Muszę kończyć, bo widzę, że szef dzwoni! Kocham cię!
- Ja też cię kocham, Kate! 

~*~
Nie podoba mi się (jak zwykle)
Czekam na opinie ;)
Do następnego.
Buuuuuziaki ;**

środa, 3 września 2014

XII.

- Już wróciłaś?
- Byłam na randce z NIM, rozumiesz? - nawet nie zorientowałam się wcześniej, że płaczę.
- Co kurwa?! - krzyknęła zaskoczona Colleen. - I ty się na to zgodziłaś?!
- Dowiedziałam się przed restauracją - powiedziałam speszona. - Nie mogłam się już wycofać.
- Spędziłaś tam 20 minut - stwierdziła. Owszem. Bo nie mogłam tego znieść.
- Wytłumaczył mi wszystko... Dlaczego odszedł. I... powiedział, że... że... że mnie kocha.
- Ooo... Uciekłaś?
- Mhm... Nie dałam rady. Nie, to było dla mnie za dużo.
Czy aby na pewno? 
Ja... ulżyło mi kiedy to usłyszałam.
- Przynajmniej mam jakąś gwarancję, że będzie walczył.


***

Co ja mam zrobić? Pobiec za nią? Zostać tutaj? Jeszcze nigdy niczego takiego nie zrobiła. 
Może uciekła dlatego, że dalej ci nie ufa...

Nie mogę w to wierzyć. Muszę sprawić, żeby mi zaufała. Znowu. Tak, jak kiedyś.
Kiedy pośpiesznie wstałem od stołu, poczułem rękę na swoim ramieniu, która próbowała usadzić mnie z powrotem na dupie.
- Siedź. Jeśli nie masz zamiaru do niej iść, to po prostu siedź.
- A skąd wiesz, że nie chcę tego zrobić?
- Widzę to w twoich oczach. A zresztą... gdybyś chciał, to zrobiłbyś to od razu.
- Idę tam.
- Colleen cię zabije jak tylko pojawisz się pod ich drzwiami  - kurwa, zapomniałem o Col. Przecież ona nigdy nie dopuści mnie do Kate.
- Nieważne. Ona jest tego warta. 

***
- Skaaaaarbie!!!! - ktoś dobija się do drzwi apartamentu. W sumie tylko jedna osoba teraz tak do mnie mówi.
- Wchodź Iker - krzyknęłam, po czym zwróciła się do przyjaciółki. - A ty wyjdź.
- Co? Czemu?
- Po prostu wyjdź. Kocham cię, ale nie jesteś mi teraz potrzebna. Muszę z nim porozmawiać w cztery oczy.
- Dobra. A ty - wskazała Casillasa.- weź coś z nią zrób.

- Dlaczego to zrobiłeś? - popatrzyłam na niego wzrokiem tłumacz się albo nie żyjesz. Chyba musiał to totalnie zauważyć.
- To nie był mój pomysł, tylko Torresa. 
TORRES?!?!
- I ty na to pozwoliłeś? - zapytałam zirytowana. Nando ma czasami naprawdę idiotyczne pomysły. I czasami mam ochotę go za nie zamordować. Serio. 
- Przepraszam - powiedział skruszony. - Ale my chcieliśmy dla ciebie jak najlepiej! Nie wiedzieliśmy, że wylecisz jak strzała z restauracji po usłyszeniu kocham cię.
- Wyjdź. 
- Co?
- Wyjdź. Teraz. Nie chcę cię widzieć. 
W jego oczach zobaczyłam niedowierzanie i smutek. Nie spodziewał się tego. Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem odwrócił się i zmierzał do drzwi. 
- Jeszcze jedno - jego wzrok skupił się na mnie. - Powiedz Nando, że ma totalnie przejebane. 

***
- Chodź ze mną na ten bal, proszę. Oboje nie znosimy tego typu imprez, ale ja muszę tam być, a nie wypada pojawiać się samemu, kiedy ma się tak piękną dziewczynę. 
- Już tak nie słódź, kotek. Pójdę, ale nie siedzimy tam za długo, bo coś słabo się czuję - powiedziałam i położyłam mu na policzku dłoń, w którą on wtulił swoją twarz. 
- Masz jakąś sukienkę? - zapytał z nadzieją, że nie będzie musiał iść ze mną na zakupy (musiałby mnie wtedy zostawić w domu, bo do balu zostało półtorej godziny) . Ma szczęście, bo ostatnio kupiłam sobie kreację na ten bal (on o tym nie wiedział muahahahahahahaha).
- Chodzi ci o taką? - pokazałam mu suknię w pełnej okazałości. Na jej widok zaświeciły mu się te wielkie brązowe, prawie czarne oczyska. Podoba mu się. 
- Dokładnie. A teraz ją ubieraj i jedziemy - rozkazał i mnie pocałował. 
I tak ma być zawsze. 

***
Po jakimś czasie znowu usłyszałam pukanie do drzwi. Mam nadzieję, że to nie żaden byczek, bo jestem na nich wściekła. Colleen gdzieś sobie poszła i byłam sama. 
- Wynoś się, chcę zostać sama.
- Przepraszam za tą restaurację. Mogłabyś mnie wpuścić choć na chwilę?
- Są otwarte - powiedziałam ze szczęką na podłodze. Znalazł mnie. Walczy. Moje ciało zalała fala ciepła. - Co ty tutaj... - nie mogłam dokończyć, bo poczułam jego wargi na swoich. Boże, tak za tym tęskniłam. Za nim.
- Brakowało mi ciebie. Jezu, tak strasznie mi ciebie brakowało! 
Cisza.
- Kocham cię, okay! Mogłabyś to zrozumieć? Ja... Ja obiecuję, że już nigdy cię nie zostawię... Tylko, proszę, wybacz mi - mówił błagalnym tonem. 
Cisza. 
Cała ja krzyczała chcę ci wybaczyć!, ale... 
Dobra, nie. 
Pieprzyć to. 
Wtuliłam się w niego i zaczęłam płakać. 
Odzyskałam go. Po roku rozłąki, w końcu go odzyskałam. 
- Czy to znaczy tak, wybaczam ci? - zapytał patrząc mi w oczy. W jego dostrzegłam iskierki radości. Jego zapał wrócił. Znowu jest taki jak przed naszym rozstaniem. A wystarczyło jedno spotkanie. Jeden pocałunek.
- Tak - oznajmiłam pełnym radości tonem. Uśmiechał się. - I ja też cię kocham, Jack.

Nigdy tak naprawdę nie przestałam.

~*~

BAAAA DAAM TSSSS!!! 
Surprise, my lovely readers! 
Jest taki piękny dzień (żart! haha, uśmiałam się), zaczęła się szkoła, a ja siedzę w domu chora i kończę dla was rozdział. 
Miło? Miło. 
Karola! :D
W końcu będziesz wiedziała kim jest główny bohater. 
Nie musisz dziękować XD
Także.... Do następnego :)
Buuuuuziaki ;***