Motyle rozsadzają mi żołądek.
On w r ó c i ł.
Do mnie.
- Nie możesz na razie nikomu o tym powiedzieć. N i k o m u, rozumiesz?
- Dlaczego?
- Lepiej, żeby nikt o tym nie wiedział. Tak będzie... bezpieczniej.
- Dalej nie rozumiem - powiedział ze śmiechem.
Wrócił stary, dobry Jack.
- Jak Colleen się dowie, to nie dość, że zabije ciebie, to jeszcze do tego mnie. A Hiszpanie będą w chuj zadowoleni, bo w końcu to dzięki nim. A ja nie chcę mieć żadnych pierdolonych problemów. Po prostu siedźmy cicho.
- Jak chcesz.
I siedzieliśmy tak, na kanapie, praktycznie się do siebie nie odzywając.
Po prostu byliśmy.
Upajaliśmy się swoją obecnością.
***
Colleen nie wróciła na noc. A Jack ze mną został... Jednak kiedy rano się obudziłam, jego nie było obok mnie. Na szafce zobaczyłam tylko krótki liścik:
Kotek, musiałem wrócić do swoich :D
Zobaczymy się niedługo, obiecuję.
Kocham cię <3
Mimowolnie się uśmiechnęłam.
To nie był żaden sen, on naprawdę jest. Mój.
Wstałam z łóżka i poszłam się ogarnąć, bo miałam jechać z Byczkami na trening, żeby trochę zdjęć porobić i coś tam napisać o nich.
Michael powiedział, że to będzie mój ostatni artykuł o Reprezentacji Hiszpanii w czasie tego mundialu.
Mam się zająć innymi.
Bo nasi już odpadli.
Usłyszałam pukanie.
- Otwarte.
- Nie prawda! - usłyszałam wrzask Col.
- Dobra, już ci otwieram haha.
- Nie wiem dziewczyno co cię tak śmieszy! - weszła naburmuszona do pokoju i rzuciła się na kanapę. - Wiesz gdzie spałam? U Torresa! Bo chciałam zostawić cię samą z Jackiem.
- SKĄD WIESZ?! - teraz to ja się darłam. Byłam wściekła.
- Nando mi powiedział o całym planie. A potem przyszliśmy tu we dwoje, ale drzwi były zamknięte. I słyszeliśmy WASZE głosy, więc postanowiliśmy zostawić was w świętym spokoju. Został na noc? - zapytała podekscytowana.
- Tak - powiedziałam speszona. Miała o tym nie wiedzieć.
- To cudownie! Wilshino is back!!!
***
- Lepiej ci już kochanie? Chodźmy do lekarza, co?
- Jest ok, nie potrzebuję żadnego lekarza - powiedziałam oskarżycielskim tonem. - To pewnie grypa. Przejdzie mi.
- Na pewno? Ej, kotek. Pamiętaj, że ja wyjeżdżam na mecz za jakieś 2 godziny i nie będzie miał się kto tobą opiekować...
- Colleen. Spokojnie, damy radę. Nie przejmuj się mną i jedź. Macie to wygrać.
- Zrobię ci herbaty. I dam jakieś leki, bo nie mogę na ciebie patrzeć w takim stanie.
- Wyglądam aż tak źle? - zaśmiałam się. Chciałam rozładować atmosferę, ale Jackowi nie było do śmiechu.
- Wyglądasz strasznie, właśnie dlatego chcę cie zaprowadzić do lekarza. Ale ty jesteś zbyt uparta.
- Też cię kocham, ty mój piłkarzu!
Na jego twarz wszedł leniwy uśmiech.
Wygrałam.
***
- Wasza ostatnia sesja ze mną. Jeszcze jeden mecz i jedziecie do domu.
- A ty? - zapytał ze smutkiem w głosie Ramos.
- Przecież wam mówiłam na początku, że zostaję do końca, bo szef mi tak kazał. A teraz idźcie trenować, bo muszę wam ładne zdjęcia porobić!
***
- Masz jakieś plany na wakacje? - zapytał Jack. Właśnie byłam w trakcie prowadzenia bardzo inteligentnej rozmowy telefonicznej.
- Oczywiście, że tak! Ogarnij, że do 14 lipca jestem w słonecznej i ciepłej Brazylii, a potem jadę do Madrytu! Żyć, nie umierać! - zaśmiałam się do słuchawki.
- Bardzo śmieszne, Kate. Biorąc pod uwagę to, że Anglia też odpadła i mamy już tak jakby wolne, mógłbym z tobą zostać.
- Jak chcesz Jack. Dobra, przemyśl to sobie jeszcze. Muszę kończyć, bo widzę, że szef dzwoni! Kocham cię!
- Ja też cię kocham, Kate!
~*~
Czekam na opinie ;)
Do następnego.
Buuuuuziaki ;**
Będę się kurde, czepiać !!!
OdpowiedzUsuńCzemu taki krótki?
Kocham, ale dlaczego nie dłuższy?!
Do następnego :*
Pozdrowionka :)