czwartek, 25 września 2014

XIII.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak cholernie się cieszę. 
Motyle rozsadzają mi żołądek. 
On  w r ó c i ł. 
Do mnie. 
- Nie możesz na razie nikomu o tym powiedzieć. N i k o m u, rozumiesz?
- Dlaczego?
- Lepiej, żeby nikt o tym nie wiedział. Tak będzie... bezpieczniej. 
- Dalej nie rozumiem - powiedział ze śmiechem. 
Wrócił stary, dobry Jack. 
- Jak Colleen się dowie, to nie dość, że zabije ciebie, to jeszcze do tego mnie. A Hiszpanie będą w chuj zadowoleni, bo w końcu to dzięki nim. A ja nie chcę mieć żadnych pierdolonych problemów. Po prostu siedźmy cicho. 
- Jak chcesz. 
I siedzieliśmy tak, na kanapie, praktycznie się do siebie nie odzywając. 
Po prostu byliśmy. 
Upajaliśmy się swoją obecnością. 

***
Colleen nie wróciła na noc. A Jack ze mną został... Jednak kiedy rano się obudziłam, jego nie było obok mnie. Na szafce zobaczyłam tylko krótki liścik:

Kotek, musiałem wrócić do swoich :D
Zobaczymy się niedługo, obiecuję.
Kocham cię <3

Mimowolnie się uśmiechnęłam. 
To nie był żaden sen, on naprawdę jest. Mój.
Wstałam z łóżka i poszłam się ogarnąć, bo miałam jechać z Byczkami na trening, żeby trochę zdjęć porobić i coś tam napisać o nich. 
Michael powiedział, że to będzie mój ostatni artykuł o Reprezentacji Hiszpanii w czasie tego mundialu. 
Mam się zająć innymi. 
Bo nasi już odpadli. 
Usłyszałam pukanie.
- Otwarte.
- Nie prawda! - usłyszałam wrzask Col.
- Dobra, już ci otwieram haha.
- Nie wiem dziewczyno co cię tak śmieszy! - weszła naburmuszona do pokoju i rzuciła się na kanapę. - Wiesz gdzie spałam? U Torresa! Bo chciałam zostawić cię samą z Jackiem.
- SKĄD WIESZ?! - teraz to ja się darłam. Byłam wściekła. 
- Nando mi powiedział o całym planie. A potem przyszliśmy tu we dwoje, ale drzwi były zamknięte. I słyszeliśmy WASZE głosy, więc postanowiliśmy zostawić was w świętym spokoju. Został na noc? - zapytała podekscytowana. 
- Tak - powiedziałam speszona. Miała o tym nie wiedzieć.
- To cudownie! Wilshino is back!!! 

***
- Lepiej ci już kochanie? Chodźmy do lekarza, co? 
- Jest ok, nie potrzebuję żadnego lekarza - powiedziałam oskarżycielskim tonem. - To pewnie grypa. Przejdzie mi. 
- Na pewno? Ej, kotek. Pamiętaj, że ja wyjeżdżam na mecz za jakieś 2 godziny i nie będzie miał się kto tobą opiekować...
- Colleen. Spokojnie, damy radę. Nie przejmuj się mną i jedź. Macie to wygrać.
- Zrobię ci herbaty. I dam jakieś leki, bo nie mogę na ciebie patrzeć w takim stanie.
- Wyglądam aż tak źle? - zaśmiałam się. Chciałam rozładować atmosferę, ale Jackowi nie było do śmiechu. 
- Wyglądasz strasznie, właśnie dlatego chcę cie zaprowadzić do lekarza. Ale ty jesteś zbyt uparta. 
- Też cię kocham, ty mój piłkarzu! 
Na jego twarz wszedł leniwy uśmiech. 
Wygrałam. 

***
- Wasza ostatnia sesja ze mną. Jeszcze jeden mecz i jedziecie do domu.
- A ty? - zapytał ze smutkiem w głosie Ramos.
- Przecież wam mówiłam na początku, że zostaję do końca, bo szef mi tak kazał. A teraz idźcie trenować, bo muszę wam ładne zdjęcia porobić! 

***
- Masz jakieś plany na wakacje? -  zapytał Jack. Właśnie byłam w trakcie prowadzenia bardzo inteligentnej rozmowy telefonicznej.
- Oczywiście, że tak! Ogarnij, że do 14 lipca jestem w słonecznej i ciepłej Brazylii, a potem jadę do Madrytu! Żyć, nie umierać! - zaśmiałam się do słuchawki. 
- Bardzo śmieszne, Kate. Biorąc pod uwagę to, że Anglia też odpadła i mamy już tak jakby wolne, mógłbym z tobą zostać. 
- Jak chcesz Jack. Dobra, przemyśl to sobie jeszcze. Muszę kończyć, bo widzę, że szef dzwoni! Kocham cię!
- Ja też cię kocham, Kate! 

~*~
Nie podoba mi się (jak zwykle)
Czekam na opinie ;)
Do następnego.
Buuuuuziaki ;**

1 komentarz:

  1. Będę się kurde, czepiać !!!
    Czemu taki krótki?
    Kocham, ale dlaczego nie dłuższy?!
    Do następnego :*
    Pozdrowionka :)

    OdpowiedzUsuń