środa, 3 września 2014

XII.

- Już wróciłaś?
- Byłam na randce z NIM, rozumiesz? - nawet nie zorientowałam się wcześniej, że płaczę.
- Co kurwa?! - krzyknęła zaskoczona Colleen. - I ty się na to zgodziłaś?!
- Dowiedziałam się przed restauracją - powiedziałam speszona. - Nie mogłam się już wycofać.
- Spędziłaś tam 20 minut - stwierdziła. Owszem. Bo nie mogłam tego znieść.
- Wytłumaczył mi wszystko... Dlaczego odszedł. I... powiedział, że... że... że mnie kocha.
- Ooo... Uciekłaś?
- Mhm... Nie dałam rady. Nie, to było dla mnie za dużo.
Czy aby na pewno? 
Ja... ulżyło mi kiedy to usłyszałam.
- Przynajmniej mam jakąś gwarancję, że będzie walczył.


***

Co ja mam zrobić? Pobiec za nią? Zostać tutaj? Jeszcze nigdy niczego takiego nie zrobiła. 
Może uciekła dlatego, że dalej ci nie ufa...

Nie mogę w to wierzyć. Muszę sprawić, żeby mi zaufała. Znowu. Tak, jak kiedyś.
Kiedy pośpiesznie wstałem od stołu, poczułem rękę na swoim ramieniu, która próbowała usadzić mnie z powrotem na dupie.
- Siedź. Jeśli nie masz zamiaru do niej iść, to po prostu siedź.
- A skąd wiesz, że nie chcę tego zrobić?
- Widzę to w twoich oczach. A zresztą... gdybyś chciał, to zrobiłbyś to od razu.
- Idę tam.
- Colleen cię zabije jak tylko pojawisz się pod ich drzwiami  - kurwa, zapomniałem o Col. Przecież ona nigdy nie dopuści mnie do Kate.
- Nieważne. Ona jest tego warta. 

***
- Skaaaaarbie!!!! - ktoś dobija się do drzwi apartamentu. W sumie tylko jedna osoba teraz tak do mnie mówi.
- Wchodź Iker - krzyknęłam, po czym zwróciła się do przyjaciółki. - A ty wyjdź.
- Co? Czemu?
- Po prostu wyjdź. Kocham cię, ale nie jesteś mi teraz potrzebna. Muszę z nim porozmawiać w cztery oczy.
- Dobra. A ty - wskazała Casillasa.- weź coś z nią zrób.

- Dlaczego to zrobiłeś? - popatrzyłam na niego wzrokiem tłumacz się albo nie żyjesz. Chyba musiał to totalnie zauważyć.
- To nie był mój pomysł, tylko Torresa. 
TORRES?!?!
- I ty na to pozwoliłeś? - zapytałam zirytowana. Nando ma czasami naprawdę idiotyczne pomysły. I czasami mam ochotę go za nie zamordować. Serio. 
- Przepraszam - powiedział skruszony. - Ale my chcieliśmy dla ciebie jak najlepiej! Nie wiedzieliśmy, że wylecisz jak strzała z restauracji po usłyszeniu kocham cię.
- Wyjdź. 
- Co?
- Wyjdź. Teraz. Nie chcę cię widzieć. 
W jego oczach zobaczyłam niedowierzanie i smutek. Nie spodziewał się tego. Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem odwrócił się i zmierzał do drzwi. 
- Jeszcze jedno - jego wzrok skupił się na mnie. - Powiedz Nando, że ma totalnie przejebane. 

***
- Chodź ze mną na ten bal, proszę. Oboje nie znosimy tego typu imprez, ale ja muszę tam być, a nie wypada pojawiać się samemu, kiedy ma się tak piękną dziewczynę. 
- Już tak nie słódź, kotek. Pójdę, ale nie siedzimy tam za długo, bo coś słabo się czuję - powiedziałam i położyłam mu na policzku dłoń, w którą on wtulił swoją twarz. 
- Masz jakąś sukienkę? - zapytał z nadzieją, że nie będzie musiał iść ze mną na zakupy (musiałby mnie wtedy zostawić w domu, bo do balu zostało półtorej godziny) . Ma szczęście, bo ostatnio kupiłam sobie kreację na ten bal (on o tym nie wiedział muahahahahahahaha).
- Chodzi ci o taką? - pokazałam mu suknię w pełnej okazałości. Na jej widok zaświeciły mu się te wielkie brązowe, prawie czarne oczyska. Podoba mu się. 
- Dokładnie. A teraz ją ubieraj i jedziemy - rozkazał i mnie pocałował. 
I tak ma być zawsze. 

***
Po jakimś czasie znowu usłyszałam pukanie do drzwi. Mam nadzieję, że to nie żaden byczek, bo jestem na nich wściekła. Colleen gdzieś sobie poszła i byłam sama. 
- Wynoś się, chcę zostać sama.
- Przepraszam za tą restaurację. Mogłabyś mnie wpuścić choć na chwilę?
- Są otwarte - powiedziałam ze szczęką na podłodze. Znalazł mnie. Walczy. Moje ciało zalała fala ciepła. - Co ty tutaj... - nie mogłam dokończyć, bo poczułam jego wargi na swoich. Boże, tak za tym tęskniłam. Za nim.
- Brakowało mi ciebie. Jezu, tak strasznie mi ciebie brakowało! 
Cisza.
- Kocham cię, okay! Mogłabyś to zrozumieć? Ja... Ja obiecuję, że już nigdy cię nie zostawię... Tylko, proszę, wybacz mi - mówił błagalnym tonem. 
Cisza. 
Cała ja krzyczała chcę ci wybaczyć!, ale... 
Dobra, nie. 
Pieprzyć to. 
Wtuliłam się w niego i zaczęłam płakać. 
Odzyskałam go. Po roku rozłąki, w końcu go odzyskałam. 
- Czy to znaczy tak, wybaczam ci? - zapytał patrząc mi w oczy. W jego dostrzegłam iskierki radości. Jego zapał wrócił. Znowu jest taki jak przed naszym rozstaniem. A wystarczyło jedno spotkanie. Jeden pocałunek.
- Tak - oznajmiłam pełnym radości tonem. Uśmiechał się. - I ja też cię kocham, Jack.

Nigdy tak naprawdę nie przestałam.

~*~

BAAAA DAAM TSSSS!!! 
Surprise, my lovely readers! 
Jest taki piękny dzień (żart! haha, uśmiałam się), zaczęła się szkoła, a ja siedzę w domu chora i kończę dla was rozdział. 
Miło? Miło. 
Karola! :D
W końcu będziesz wiedziała kim jest główny bohater. 
Nie musisz dziękować XD
Także.... Do następnego :)
Buuuuuziaki ;***

2 komentarze:

  1. Ha, ja wiedziałam, że to Jack! Wiedziałam! :D
    Tak mi się wydaje, że chyba powinna podziękować Torresowi, co nie? XD
    Do następnego :)
    Pozdrowionka od człowieka, który chodzi do szkoły! XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękować będzie później, na razie musi przynajmniej udawać, że jest obrażona. Jakieś pozory trzeba sprawiać, nie? XD

      Usuń