sobota, 4 kwietnia 2015

XV.

Agh, jadem na finał!
Moi Niemcy (tak, kibicuję Niemcom, masz coś do mnie?) będą grali z Argentyną!
Boże, jaram się jak pochodnia. Jack nie potrafi mnie uspokoić, co jest całkiem normalne. Haha, nigdy tego nie potrafił.
Także... DO BOJU MANNSCHAFT!!!

Tylko ludzie, błagam nie oceniajcie mnie, tak? Nie wiem dlaczego ich tak kocham. Cała moja rodzina ich nienawidziła i kiedyś to nawet zagrozili mi wyrzuceniem z domu, za to, że w ogóle śmiem im kibicować. Oczywiście nie zrobiliby tego, byłam zbyt zajebistym dzieckiem. I skromnym też. Do teraz mi zostało.


***

- Jaaaack....
- Hmmm..?
- Czy oni.. KURWA MAĆ, MAMY JUŻ DOGRYWKĘ, CHŁOPCY JA NIE CHCĘ ŻADNYCH KARNYCH, BO DOSTANĘ PIEPRZONEJ PALPITACJI, OKAY?!
- Kochanie, oni cię nie słyszą - powiedział spokojnie mój chłopak. Taaaak, nie słyszą, mhm, zaraz zobaczymy, przecież stoję za ich bramką.
- MANUEL - odwrócił się, haha, nie słyszy mnie, Jack, co? - PRZEKAŻ IM Z ŁASK... O MÓJ BOŻE, MARIO! GOOOOL! DOBRA, NIEWAŻNE, BROŃ JAK NAJLEPIEJ! - nie, kibice wcale nie patrzą na mnie jak na idiotkę. Założę się, że w tych ich główkach siedzi teraz: "Co to za kretynkę wpuścili za te bandy. Ona ma zdjęcia robić, a nie emocjonować się meczem". No, jeśli ktoś tak myśli, to powiem wam jedno: walcie się. 
- Uspokój się, wariatko - zaśmiał się Jack i złapał mnie za ramiona, żebym ustała w miejscu. - Pamiętaj, że musisz robić zdjęcia!
- Tak, tak, przepraszam! Już się za to biorę! - posłałam uśmiech w jego stronę i zaczęłam latać za tymi bandami jak oszalała, żeby mieć jak najlepsze ujęcia, a Jack śmiał się w najlepsze. No, skarbie, widzę, że już zapomniałeś jak to jest pójść ze mną na jakikolwiek mecz. Cóż, przypominam ci właśnie.

- Wygraliśmy? Co? WYGRAAAAALIŚMY!!! - krzyknęłam i o mało co nie upuściłam aparatu. Oszkurwa, Michael chyba by mnie zabił. Oj tam, I don't care, NIEMASZKI SĄ MISTRZAMI ŚWIATA, WOOOHOOOO!!!! - Podolski! Weź mnie tam!! WEŹ!
- Juuuuż bieeegnę!!! - zaśmiał się i podbiegł do band, żeby mnie przez nie przenieść. To nie tak, że ja jestem jakaś uprzywilejowana czy coś, wcaaaale. Po prostu mam znajomości. Szyderczy uśmiech wstąpił na moją twarz, widząc jak inni dziennikarze przypatrywali mi się z zazdrością, bo oni wejdą na murawę nieco później. No cóż. Ja idę świętować teraz. - A Jack?
- Jack może tam zostać! A teraz weź mnie do kółeczka, bo chcę mieć piękne zdjęcie na ścianę!
- Jakie zdjęcie? - zapytał Hummels, który znalazł się obok mnie i momentalnie wpadłam w jego ramiona.
- Takie, na którym wy wszyscy stoicie w kółeczku, a ja jestem w środku. CZY KTOŚ JEST W STANIE ZROBIĆ TAKIE ZDJĘCIE OD GÓRY, ŻEBY BYŁO MNIE WIDAĆ?! - krzyknęłam, a wszyscy zaczęli się śmiać i padli na ziemię. GDZIE JEST TEN CHOLERNY APARAT?! MAM! Cyk. I jest. - To co? Zrobi ktoś to zdjęcie, czy nie, bo chcę was na ścianie.


***

- Wilshere, ja nie chcę tam wracać..... - siedziałam zrozpaczona na lotnisku w towarzystwie mojego chłopaka, który musiał mnie słuchać. Przykro mi. Albo nie... W końcu od tego jest, nie? Ma mnie słuchać i pocieszać.
- Nie martw się, zabiorę cię tu w podróż poślubną, okay?
- Jeszcze mi się nawet nie oświadczyłeś, a już podróż poślubną planujesz. Chłopie, masz coś z głową - powiedziałam i na niego spojrzałam. Zamurowało mnie. Klęczał przede mną. Z pierścionkiem w ręce. O mój Boże. CO ja mam zrobić? Łzy mi się już w oczach zbierają, a nawet jeszcze nie zapytał. Ale z drugiej strony, to sobie kurwa lepszego miejsca wybrać nie mógł, co nie?
- Kate, czy zostaniesz moją żoną? - zapytał ten idiota. Kurwa, niech trochę poczeka na odpowiedź. Ja czekałam na niego cały jeden rok, jemu nie zaszkodzi parę minut. To i tak niech się cieszy, że tak szybko mu wybaczyłam. No bo co miałam zrobić?
- Jack, jesteś głupi, wiesz? - zaśmiałam się. Ale natychmiast spoważniałam, musiałam sprawiać jakieś pozory normalności, prawda?
- Co? Czemu? - wstał i pokazał te swoje wielkie z przerażenia oczy. No debil, jak Boga kocham.
- Tak, zgadzam się - musiałam to zrobić, przepraszam! Łzy szczęścia spływały po moich policzkach, rzuciłam się na niego i zatraciliśmy się w zachłannym pocałunku. Po chwili odczepiliśmy się od siebie, a Jack założył mi pierścionek.
- Na zawsze?
- Na zawsze, chyba że znowu mnie zostawisz. A teraz chodź, bo odlecą bez nas!

***
- Zobaczymy się na ślubie Colleen i Aarona, tak?
- Tak, skarbie. Do zobaczenia - pocałował moją dłoń, a potem przeniósł się na moje usta. Mieliśmy się nie widzieć cały miesiąc, hello, trzeba się jakoś pożegnać. - Kocham cię!
- Ja też cię kocham! - krzyknęłam i wyszłam z gmachu lotniska w Madrycie. Wreszcie w domu, pomyślałam i skierowałam swoje kroki w stronę domu Casillasa.

~*~
Wiem, długo mnie nie było.
Wiem, jest pojebany, ale musiałam oddać swoje emocje odnośnie finału MŚ, które od długiego czasu się we mnie chowały, przepraszam.
Jest okropny.
Nie wiem, kiedy następny.
Pozdrawiam.
ps. wiem, jest za krótki, ale na więcej nie było mnie stać.

niedziela, 28 września 2014

XIV.

-  No, mów Jack. Jak ci poszło z moją siostrą?
- Z KIM?! - krzyknąłem zdziwiony. 
- Kate Trevino, tak? Moja siostra. 
- Ale jak... Luke? 
Zaparło mi dech w piersiach. Nie potrafiłem się wysłowić. Kate ma brata?
- To tak, kiedy miałem 14 lat nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Kate była już wtedy pełnoletnia. Totalnie się załamaliśmy. Przez pierwszy rok było ok, opiekowała się mną i wgl. Ale kiedy skończyła 19 lat, powiedziała mi, że wyjeżdża i nie może mnie wziąć ze sobą. Więc od 15 roku życia jestem zdany na siebie i jak widać, radzę sobie całkiem nieźle. Ona nawet zmieniła nazwisko, tak jakby chciała zapomnieć, że jest ze mną spokrewniona. Nie kontaktowaliśmy się ze sobą od tamtego czasu, także jak widzisz, nie jesteśmy wzorowym rodzeństwem.
Czemu o tym nie wiedziałem? Byliśmy parą dosyć długo, ale nigdy nie wspomniała o tym, że ma brata. Oraz, że straciła rodziców. Chwilę później usłyszałem:
- Ona nie lubi o tym rozmawiać - jakby czytał mi w myślach. 
- Luke, a może... Może chciałbyś się z nią zobaczyć?

***
- MAAAAAAŁAAAAA !!! 
- Co? - zapytałam ze śmiechem, bo jak na kogoś kto wyszedł tylko po mleko, był aż nazbyt zadowolony.
- Wiesz o tym, że są igrzyska, nie?
- Trudno nie wiedzieć. Cały Londyn jest przepełniony sportowcami. Ostatnio spotkałam nawet polskich siatkarzy na ulicy - zobaczył, jak mi się oczy zaświeciły na wzmiankę o nich.
- Tak, no, ja wiem, że uwielbiasz te siatkarzyny. Okazało się, że jeden z nich bardzo lubi Arsenal i jak mnie zauważył w tym sklepiku, to zaczęliśmy gadać i wyszło na to, że idziemy na ich dzisiejszy mecz - wyszczerzył się tak, jakby strzelił najpiękniejszego gola w historii piłki nożnej. Widać, że jest z siebie strasznie dumny. 
- PIERDOLISZ?! - zeskoczyłam z kanapy jak poparzona i do niego podbiegłam. - Masz bilety? Masz masz masz??
- Wszystko dla mojej kochanej dziewczyny - powiedział i wyciągnął zza pleców dwa bilety na mecz Polska - Wielka Brytania. 
- MISIEEEEK!!! Kocham cię!!! - krzyknęłam i wskoczyłam mu w ramiona.
- Powiedzieli, że będą chcieli cię poznać po meczu - zaśmiał się widząc moją reakcję, ale zaraz potem popatrzył w moje pełne szczęścia oczy i mnie pocałował.


***
Colleen gada z Aaronem przez telefon, co zajmie jej co najmniej dwie godziny, bo musi z nim omówić sprawę ślubu. A ja siedzę przed telewizorem z laptopem na kolanach, bo mój kochany szef kazał robić mi na oficjalnej stronie naszej gazety relację na żywo meczu Francja - Niemcy. NIEMCY DO BOJU !!!! słyszę dobiegający z balkonu głos mojej przyjaciółki. Uważam tak samo, ale nie mogę być stronnicza opisując tenże mecz. A szkoda. Skoro Hiszpania i Anglia odpadły, zostali mi tylko Niemcy. Z zamyślenia wyrwał mnie mój telefon.
- Tak Jacky?
- Mogę przyjść? Czy jesteś zajęta?
- Nie możesz A pomożesz mi pisać relację na żywo z meczu? 
- Oczywiście, że pomogę. Będę za trzy minuty.

***
- Załatwiliście to? Przeprosił ją? Wrócili do siebie? IKER, POWIEDZ MI! 
- Hej hej hej! Spokojnie kochanie! - krzyknął Casillas. - Tak, wrócili do siebie. Ale według nich, nikt oprócz Torresa i Colleen o tym nie wie. I niech tak zostanie.
- Jasne, ja o niczym nie wiem - powiedziała zadowolona Sara. - Wydawała się jakaś inna? Szczęśliwsza? 
- Oczywiście, że tak. Od razu każdy to zauważył i już wiedzieliśmy co jest na rzeczy.
- To świetnie. Cieszę się, że w końcu nasza przyjaciółka jest szczęśliwa. 
- Ja też, nawet nie wiesz jak bardzo. A teraz chodź, trzeba się spakować, jutro lecimy na wakacje.

~*~
Wiem, że krótki, ale jest do dupy :D
Dobra, następny nie wiem kiedy.
Do następnego ;)
Buuuziaki ;**


czwartek, 25 września 2014

XIII.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak cholernie się cieszę. 
Motyle rozsadzają mi żołądek. 
On  w r ó c i ł. 
Do mnie. 
- Nie możesz na razie nikomu o tym powiedzieć. N i k o m u, rozumiesz?
- Dlaczego?
- Lepiej, żeby nikt o tym nie wiedział. Tak będzie... bezpieczniej. 
- Dalej nie rozumiem - powiedział ze śmiechem. 
Wrócił stary, dobry Jack. 
- Jak Colleen się dowie, to nie dość, że zabije ciebie, to jeszcze do tego mnie. A Hiszpanie będą w chuj zadowoleni, bo w końcu to dzięki nim. A ja nie chcę mieć żadnych pierdolonych problemów. Po prostu siedźmy cicho. 
- Jak chcesz. 
I siedzieliśmy tak, na kanapie, praktycznie się do siebie nie odzywając. 
Po prostu byliśmy. 
Upajaliśmy się swoją obecnością. 

***
Colleen nie wróciła na noc. A Jack ze mną został... Jednak kiedy rano się obudziłam, jego nie było obok mnie. Na szafce zobaczyłam tylko krótki liścik:

Kotek, musiałem wrócić do swoich :D
Zobaczymy się niedługo, obiecuję.
Kocham cię <3

Mimowolnie się uśmiechnęłam. 
To nie był żaden sen, on naprawdę jest. Mój.
Wstałam z łóżka i poszłam się ogarnąć, bo miałam jechać z Byczkami na trening, żeby trochę zdjęć porobić i coś tam napisać o nich. 
Michael powiedział, że to będzie mój ostatni artykuł o Reprezentacji Hiszpanii w czasie tego mundialu. 
Mam się zająć innymi. 
Bo nasi już odpadli. 
Usłyszałam pukanie.
- Otwarte.
- Nie prawda! - usłyszałam wrzask Col.
- Dobra, już ci otwieram haha.
- Nie wiem dziewczyno co cię tak śmieszy! - weszła naburmuszona do pokoju i rzuciła się na kanapę. - Wiesz gdzie spałam? U Torresa! Bo chciałam zostawić cię samą z Jackiem.
- SKĄD WIESZ?! - teraz to ja się darłam. Byłam wściekła. 
- Nando mi powiedział o całym planie. A potem przyszliśmy tu we dwoje, ale drzwi były zamknięte. I słyszeliśmy WASZE głosy, więc postanowiliśmy zostawić was w świętym spokoju. Został na noc? - zapytała podekscytowana. 
- Tak - powiedziałam speszona. Miała o tym nie wiedzieć.
- To cudownie! Wilshino is back!!! 

***
- Lepiej ci już kochanie? Chodźmy do lekarza, co? 
- Jest ok, nie potrzebuję żadnego lekarza - powiedziałam oskarżycielskim tonem. - To pewnie grypa. Przejdzie mi. 
- Na pewno? Ej, kotek. Pamiętaj, że ja wyjeżdżam na mecz za jakieś 2 godziny i nie będzie miał się kto tobą opiekować...
- Colleen. Spokojnie, damy radę. Nie przejmuj się mną i jedź. Macie to wygrać.
- Zrobię ci herbaty. I dam jakieś leki, bo nie mogę na ciebie patrzeć w takim stanie.
- Wyglądam aż tak źle? - zaśmiałam się. Chciałam rozładować atmosferę, ale Jackowi nie było do śmiechu. 
- Wyglądasz strasznie, właśnie dlatego chcę cie zaprowadzić do lekarza. Ale ty jesteś zbyt uparta. 
- Też cię kocham, ty mój piłkarzu! 
Na jego twarz wszedł leniwy uśmiech. 
Wygrałam. 

***
- Wasza ostatnia sesja ze mną. Jeszcze jeden mecz i jedziecie do domu.
- A ty? - zapytał ze smutkiem w głosie Ramos.
- Przecież wam mówiłam na początku, że zostaję do końca, bo szef mi tak kazał. A teraz idźcie trenować, bo muszę wam ładne zdjęcia porobić! 

***
- Masz jakieś plany na wakacje? -  zapytał Jack. Właśnie byłam w trakcie prowadzenia bardzo inteligentnej rozmowy telefonicznej.
- Oczywiście, że tak! Ogarnij, że do 14 lipca jestem w słonecznej i ciepłej Brazylii, a potem jadę do Madrytu! Żyć, nie umierać! - zaśmiałam się do słuchawki. 
- Bardzo śmieszne, Kate. Biorąc pod uwagę to, że Anglia też odpadła i mamy już tak jakby wolne, mógłbym z tobą zostać. 
- Jak chcesz Jack. Dobra, przemyśl to sobie jeszcze. Muszę kończyć, bo widzę, że szef dzwoni! Kocham cię!
- Ja też cię kocham, Kate! 

~*~
Nie podoba mi się (jak zwykle)
Czekam na opinie ;)
Do następnego.
Buuuuuziaki ;**

środa, 3 września 2014

XII.

- Już wróciłaś?
- Byłam na randce z NIM, rozumiesz? - nawet nie zorientowałam się wcześniej, że płaczę.
- Co kurwa?! - krzyknęła zaskoczona Colleen. - I ty się na to zgodziłaś?!
- Dowiedziałam się przed restauracją - powiedziałam speszona. - Nie mogłam się już wycofać.
- Spędziłaś tam 20 minut - stwierdziła. Owszem. Bo nie mogłam tego znieść.
- Wytłumaczył mi wszystko... Dlaczego odszedł. I... powiedział, że... że... że mnie kocha.
- Ooo... Uciekłaś?
- Mhm... Nie dałam rady. Nie, to było dla mnie za dużo.
Czy aby na pewno? 
Ja... ulżyło mi kiedy to usłyszałam.
- Przynajmniej mam jakąś gwarancję, że będzie walczył.


***

Co ja mam zrobić? Pobiec za nią? Zostać tutaj? Jeszcze nigdy niczego takiego nie zrobiła. 
Może uciekła dlatego, że dalej ci nie ufa...

Nie mogę w to wierzyć. Muszę sprawić, żeby mi zaufała. Znowu. Tak, jak kiedyś.
Kiedy pośpiesznie wstałem od stołu, poczułem rękę na swoim ramieniu, która próbowała usadzić mnie z powrotem na dupie.
- Siedź. Jeśli nie masz zamiaru do niej iść, to po prostu siedź.
- A skąd wiesz, że nie chcę tego zrobić?
- Widzę to w twoich oczach. A zresztą... gdybyś chciał, to zrobiłbyś to od razu.
- Idę tam.
- Colleen cię zabije jak tylko pojawisz się pod ich drzwiami  - kurwa, zapomniałem o Col. Przecież ona nigdy nie dopuści mnie do Kate.
- Nieważne. Ona jest tego warta. 

***
- Skaaaaarbie!!!! - ktoś dobija się do drzwi apartamentu. W sumie tylko jedna osoba teraz tak do mnie mówi.
- Wchodź Iker - krzyknęłam, po czym zwróciła się do przyjaciółki. - A ty wyjdź.
- Co? Czemu?
- Po prostu wyjdź. Kocham cię, ale nie jesteś mi teraz potrzebna. Muszę z nim porozmawiać w cztery oczy.
- Dobra. A ty - wskazała Casillasa.- weź coś z nią zrób.

- Dlaczego to zrobiłeś? - popatrzyłam na niego wzrokiem tłumacz się albo nie żyjesz. Chyba musiał to totalnie zauważyć.
- To nie był mój pomysł, tylko Torresa. 
TORRES?!?!
- I ty na to pozwoliłeś? - zapytałam zirytowana. Nando ma czasami naprawdę idiotyczne pomysły. I czasami mam ochotę go za nie zamordować. Serio. 
- Przepraszam - powiedział skruszony. - Ale my chcieliśmy dla ciebie jak najlepiej! Nie wiedzieliśmy, że wylecisz jak strzała z restauracji po usłyszeniu kocham cię.
- Wyjdź. 
- Co?
- Wyjdź. Teraz. Nie chcę cię widzieć. 
W jego oczach zobaczyłam niedowierzanie i smutek. Nie spodziewał się tego. Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem odwrócił się i zmierzał do drzwi. 
- Jeszcze jedno - jego wzrok skupił się na mnie. - Powiedz Nando, że ma totalnie przejebane. 

***
- Chodź ze mną na ten bal, proszę. Oboje nie znosimy tego typu imprez, ale ja muszę tam być, a nie wypada pojawiać się samemu, kiedy ma się tak piękną dziewczynę. 
- Już tak nie słódź, kotek. Pójdę, ale nie siedzimy tam za długo, bo coś słabo się czuję - powiedziałam i położyłam mu na policzku dłoń, w którą on wtulił swoją twarz. 
- Masz jakąś sukienkę? - zapytał z nadzieją, że nie będzie musiał iść ze mną na zakupy (musiałby mnie wtedy zostawić w domu, bo do balu zostało półtorej godziny) . Ma szczęście, bo ostatnio kupiłam sobie kreację na ten bal (on o tym nie wiedział muahahahahahahaha).
- Chodzi ci o taką? - pokazałam mu suknię w pełnej okazałości. Na jej widok zaświeciły mu się te wielkie brązowe, prawie czarne oczyska. Podoba mu się. 
- Dokładnie. A teraz ją ubieraj i jedziemy - rozkazał i mnie pocałował. 
I tak ma być zawsze. 

***
Po jakimś czasie znowu usłyszałam pukanie do drzwi. Mam nadzieję, że to nie żaden byczek, bo jestem na nich wściekła. Colleen gdzieś sobie poszła i byłam sama. 
- Wynoś się, chcę zostać sama.
- Przepraszam za tą restaurację. Mogłabyś mnie wpuścić choć na chwilę?
- Są otwarte - powiedziałam ze szczęką na podłodze. Znalazł mnie. Walczy. Moje ciało zalała fala ciepła. - Co ty tutaj... - nie mogłam dokończyć, bo poczułam jego wargi na swoich. Boże, tak za tym tęskniłam. Za nim.
- Brakowało mi ciebie. Jezu, tak strasznie mi ciebie brakowało! 
Cisza.
- Kocham cię, okay! Mogłabyś to zrozumieć? Ja... Ja obiecuję, że już nigdy cię nie zostawię... Tylko, proszę, wybacz mi - mówił błagalnym tonem. 
Cisza. 
Cała ja krzyczała chcę ci wybaczyć!, ale... 
Dobra, nie. 
Pieprzyć to. 
Wtuliłam się w niego i zaczęłam płakać. 
Odzyskałam go. Po roku rozłąki, w końcu go odzyskałam. 
- Czy to znaczy tak, wybaczam ci? - zapytał patrząc mi w oczy. W jego dostrzegłam iskierki radości. Jego zapał wrócił. Znowu jest taki jak przed naszym rozstaniem. A wystarczyło jedno spotkanie. Jeden pocałunek.
- Tak - oznajmiłam pełnym radości tonem. Uśmiechał się. - I ja też cię kocham, Jack.

Nigdy tak naprawdę nie przestałam.

~*~

BAAAA DAAM TSSSS!!! 
Surprise, my lovely readers! 
Jest taki piękny dzień (żart! haha, uśmiałam się), zaczęła się szkoła, a ja siedzę w domu chora i kończę dla was rozdział. 
Miło? Miło. 
Karola! :D
W końcu będziesz wiedziała kim jest główny bohater. 
Nie musisz dziękować XD
Także.... Do następnego :)
Buuuuuziaki ;***

czwartek, 28 sierpnia 2014

XI.

- Odpadli - powiedziałam sama do siebie. - Odpadli.
- Tak proszę pani, Hiszpania odpadła. Jakiś problem?
- Mam panu powiedzieć jaki mam pieprzony problem?! To jest reprezentacja której kibicuję, TO są moi przyjaciele i zaraz tu podejdą ze łzami w oczach i będą czekać aż powiem coś innego niż "nic się nie stało, nawet najlepszym się zdarza", ale ja nie będę w stanie nic wydusić, bo nie mogę! W tym tkwi ten pierdolony problem! Ale pan tego nie zrozumie, bo jest tu pewnie tylko w sprawach służbowych. Niech pan mi jeszcze powie, że nie lubi piłki nożnej, a moja pięść zapozna się z pana twarzą - krzyczałam wkurwiona już nie na żarty. A facet jeszcze bardziej wyprowadził mnie z równowagi mówiąc to, czego mu zabroniłam. Już miałam mu przypierdolić, ale poczułam jak ktoś mnie obejmuje i przenosi przez barierki z dala od tego idioty.
- Sanchez, do cholery jasnej, postaw mnie na ziemi!
- Dobra, dobra... Chłopcy jak tylko zobaczyli, że zaczynasz się tam kłócić, kazali mi cię zabrać, bo na nich trener się wydziera. I widzę, że przyszedłem w samą porę, bo facet źle by skończył - powiedział ze śmiechem. Miał się z czego cieszyć. Prawdę mówiąc, powinnam być na niego wściekła, ale nie mogłam. Po prostu się do niego przytuliłam i zaczęłam płakać. Przykro mi z powodu Hiszpanów, miałam nadzieję, że obronią mistrzostwo. - Nie lubię twojego kraju Alexis.
- Przepraszam. O, patrz! Twoi Hiszpanie już są wolni, idź do nich - dał mi buziaka w policzek i pchnął w kierunku "moich facetów". Pierwszy napatoczył mi się Czesio. Przytuliłam go, ale nie potrwało to długo, bo od razu zostałam porwana przez Casillasa, który nie chciał mnie "wypuścić".
- Skarbie, strasznie mi przykro...
- Zamknij się i nie odchodź, dobra? - zapytał.
- Nigdzie się stąd nie ruszam.

***
- Ja pierdole, ci idioci też odpadli?!
- Czyli wszystko idzie zgodnie z planem - powiedział pod nosem Torres.
- Co?
- Nic, nic! - popatrzył wymownie na Ikera i wskazał balkon. Oboje wyszli.
- Rozmawiałeś z nim?
- Tak i niemalże od razu się zgodził, bo chce ją odzyskać. Kocha ją i zrobi wszystko, żeby znowu byli razem... - kiedy kończył na balon wszedł Ramos. On też o wszystkim wiedział, spokojnie.
- Musimy wszystko zorganizować. Ma być idealnie.

*** 
Nie wiem o co chodzi, ale Sergio kazał mi się zrobić na bóstwo i dał mi na to dwie godziny. Dzięki Ramos, na pewno się wyrobię!
- Pomóc ci?
- Wzięłaś jakaś zajebistą sukienkę, w której będę wyglądać jak milion dolarów? - zapytałam, choć wiedziałam, że odpowiedź brzmi 'tak'. Colleen zawsze ma ze sobą co najmniej trzy takie sukienki.
- Fioletowa, czarna czy szmaragdowa? - uśmiechnęła się z wyższością. Chciała mi pomóc.

***
Zadzwonili do mnie Hiszpanie i powiedzieli, że mam się z nimi natychmiast spotkać, bo muszą coś ze mną omówić. Nie wiem co się dzieje, ale zgodziłem się. Brzmieli bardzo wesoło. Za bardzo. Ale im ufam. 
- O co chodzi? - zapytałem na wstępie. 
- Masz randkę.
- Co? Z kim?
- Z twoją byłą dziewczyną. Wiemy, że chcesz ją odzyskać i ci w tym pomożemy, bo Kate jest nieszczęśliwa bez ciebie. Oczywiście - powiedział skromnie Ramos. - My zawsze poprawiamy jej humor, ale nie na długo. Kiedy wraca do domu znów zamyka się w sobie. Bierze lody, wino i siada przed telewizorem. 
- Skąd wiecie?
- Wysłałem kiedyś Sarę na babski wieczór z nią i to właśnie tak wyglądało. Opowiadała jej o roku bez ciebie. Więc rusz dupę w troki i wdziej jakieś eleganckie wdzianko, bo ona już się szykuje. Za półtorej godziny masz być na miejscu. Ja ją przyprowadzę. Nie martw się, będziemy w tej restauracji na kolacji. WSZYSCY. I będziemy siedzieć tak, żebyśmy my was widzieli, a wy nas nie. Zgoda? 
- Zgoda. Będę tam. 

***
- Ikuś, po cholerę kazaliście mi się tak wystroić? Idę z wami tylko na kolację - zaśmiałam się, ale Casillas dalej był poważny. Nawet na mnie nie spojrzał. - Iker? Casillas? Hej, powiedz coś.
- Nie idziesz na kolację z nami. I zanim nas zabijesz to, proszę, zostań z nim chociaż przez chwilę. Proszę. Jeśli nie zrobisz tego dla niego albo dla siebie, to zrób to dla mnie. Bo, skarbie, nie mogę znieść tego, że cierpisz. Jesteś moją przyjaciółką i chcę dla ciebie jak najlepiej. 
- Nie... Nie zrobiłeś tego...
- Przepraszam... A teraz, błagam cię, wejdź tam i wysłuchaj go. 
- Dobrze - poddałam się. Nie dałabym rady mu odmówić.

- Kate. 
- Hej.
- Pięknie wyglądasz - wiedziałam o tym, ale lubiłam to słyszeć. Zdecydowałyśmy się z Colleen na szmaragdową. Powiedziała, że będzie podkreślać kolor moich oczu. Bzdury. Ale była cudowna. Wstał, żeby odsunąć mi krzesło od stołu. Zawsze tak robił. Dżentelmen.
- Pół godziny. 
- Co? - wyglądał na zdezorientowanego.
- Masz 30 minut na wyjaśnienia, potem wychodzę. I chcę żebyś wiedział, że nie robię tego dla żadnego z nas. 
- Wiem, że nie wybaczysz mi od tak. Wiem to. Ja... zachowałem się jak dupek zostawiając cię bez słowa wyjaśnienia. Jednak musiałem to zrobić...- przerwałam mu.
- Dlaczego? 
- Pewna osoba uważała, że nie jestem dla ciebie odpowiedni. I groziła, że jeśli tego nie zrobię, coś ci się stanie. Nie chciałem tego. Zrozum, zrobiłem to, żeby cię chronić. Tylko po to. W innym przypadku nigdy bym cię nie opuścił... - kiedy to mówił, jedna samotna łza spłynęła po moim policzku. On ją starł. Nie opierałam się, brakowało mi jego dotyku. Brakowało mi całego jego. - Kocham cię. Zrozum to wreszcie do cholery i daj mi szansę. 
Co? Co on powiedział? 
Kocham cię?
Nagle zorientowałam się, że nachyla się nade mną małe stadko Hiszpanów. 
- Ja też cię kocham... Ale, przepraszam, ja nie jestem w stanie ci wybaczyć. Nawet po tym co mi dzisiaj powiedziałeś - oznajmiłam i wstałam od stołu najszybciej jak się dało. Nikt mnie nie gonił. Po prostu wyszłam i wróciłam do hotelu. 

~*~
Hej, tak, no, to jest do dupy powinno wam się spodobać chyba
Także.... Do następnego ;)
Buziaki ;* 

czwartek, 21 sierpnia 2014

X.

- Torres, ty się ustaw tu, tak. A Cesc tu. Ramoooos, już, stawaj obok Nando...
- Jesteś tego pewna? - zapytał Iniesta ze śmiechem. 
Nie byłam. Ale przynajmniej będzie śmiesznie.
- Oczywiście, całkowicie! No, idź do tego Fernando! Pikuś, ty stań obok Fabregasa, a obok Gerarda stanie Villa. Spokojnie chłopcy, wiem co robię.
Chyba nie do końca mi uwierzyli. Czy to ustawienie było przypadkowe? Skąąąąądżeeeeeee. Zaraz pewnie zdjęcie będzie robić Colleen, a ja wyląduję na rękach któregoś z Hiszpanów. Jestem ciekawa któremu teraz przypadnie ten zaszczyt....
- Ikeeeeeeer!
- Tak, słoneczko ty nasze?
- Uśmiechnij się ładnie, wtedy będę mogła zrobić zdjęcie i będziecie wolni.
- My tak, ale ty niekoniecznie! - krzyknął El Niño.
Wiedziałam.

***
Po tej małej sesji zdjęciowej wróciliśmy wszyscy do hotelu, chłopcy chcieli żebym w coś z nimi zagrała, ale niestety musiałam odmówić, bo mam do napisania artykuł o tym jak sobie radzą na treningach, jaka jest forma poszczególnych graczy itp. Potem wyślę to Michael'owi, on się tym zachwyci i umieści w naszej kochanej gazecie. 
- Col, podasz mi aparat?
- Po co?
- Muszę powstawiać zdjęcia do artykułu. Po te je robiłam. 
- Okay, proszę, masz - powiedziała z uśmiechem i wróciła do oglądania jakiejś brazylijskiej telenoweli. Po ok. dwóch godzinach mogłam do niej dołączyć, bo tekst był wysłany. 
- Aaaaa teraaaaaz.... Jak wrażenia? - zapytałam, a ona popatrzyła na mnie jak na kosmitę, ale po wyrazie mojej twarzy, czyt. szerokim uśmiechu i wesołymi oczami wpatrzonymi w nią, chyba się domyśliła o czym mówię.
- Wiesz, że ich nienawidzę.... Aleeee... 
- O Boże! Jest 'ale' !!!! 
- Torres i Ramos są całkiem fajni. I Casillas. W sumie jego nie da się nie lubić, tak sądzę. Sprawia takie wrażenie. 
- Wiem, wiem. Iker był pierwszym piłkarzem, który zaczął się do mnie odzywać, odkąd pierwszy raz zawitałam na Bernabeu w roli dziennikarki - chwila przerwy. - LUBISZ ICH! Chłooooooooopcyyyyyyy, Coooooolleeeeeen was lubi!!!! - zaczęłam się drzeć na cały korytarz. Cieszmy się, iż nie mieszkał tu nikt oprócz nas. 

***
- Odebrałeś ją z lotniska, a ja dostałem opierdol i spadły na mnie przygotowania do ślubu. Dzięki stary. 
- Co? Jak to?
- Kate zadzwoniła z tym do Colleen, bo jakżeby inaczej. Domyśliła się, że to wszystko wyszło ode mnie, prawda? O tym też jej powiedziała. Col się wściekła, spakowała i poleciała najbliższym lotem do Rio, zostawiając mnie samego ze ślubem. 
- Sorry, bracie. 
- Dobra, nieważne. Mów.
- Nie odzywała się do mnie całą drogę, a jak wychodziła powiedziała tylko dzięki za podwózkę, zabrała walizkę i poszła. Nic. Żadnego spojrzenia nawet. 
- A co ty myślałeś? Że ci w ramiona skoczy i wybaczy od tak? - Aaron parsknął śmiechem. Wiedziałem, że tak nie będzie. Liczyłem się z tym, że zaczynam długą i mozolną walkę. Ale jak już teraz zacząłem, to nie mogę zrezygnować. Nie ma takiej opcji. 
- Muszę iść na trening, nara. 

***
- O ja pierdole - mecz z Holandią. Ja z aparatem za bramką Ikera. A obok mnie pustka. Reszta chyba nie lubi jak się przy nich przeklina przynajmniej 10 razy na minutę. Po karnym Xabi'ego cieszyłam się jak głupia, ale teraz chce mi się płakać. Colleen została w Rio, więc nawet nie miał kto ze mną porozmawiać. 
Po meczu poczułam jak ktoś przenosi mnie przez barierkę, przerzuca przez ramię i idzie przez boisko do szatni. Przynajmniej mogę być pewna, że to jakiś Hiszpan, bo nie znam żadnego Holendra (od dzisiaj ich wszystkich nienawidzę), ale nawet nie chce mi się opuścić głowy, żeby sprawdzić jaki ma numerek z tyłu na koszulce. Dalej robię zdjęcia. 

Kiedy Torres (wow, jednak) wniósł mnie do szatni rzuciło się na mnie stado smutnych Hiszpanów, którzy potrzebowali pocieszenia. 
- Grupowy hug? - zapytałam niepewnie. Wszyscy kiwnęli głowami i zostałam otoczona. 22 facetów i ja sama. - Niech ktoś zrobi zdjęcie! Powieszę je sobie na ścianie! Ale nie tak z boku, tak od góry, żeby wszystko było widać - instruowałam, tak mi się wydaje, fizjoterapeutę. - Dziękuję! 

***
- Kate, nie musisz pisać artykułu, ktoś inny się tym zajmie. Po prostu wyślij nam zdjęcia, okay?
- Oczywiście Michael, zaraz prześlę wam wszystkie, które nadają się do użytku - powiedziałam smutna. 
- Nie smuć się, następny mecz wygramy. 
- Mam taką nadzieję. Dobra, kończę, jeśli jeszcze dziś chcesz dostać te zdjęcia. Paaa.
Chłopcy patrzyli na mnie, to na siebie smętnym wzrokiem, ale zignorowałam to i wsiadłam do samolotu. Wracamy do Rio. Do Col. 

***
- Musimy ich spiknąć. 
- Zgadzam się. Bez niego jest nieszczęśliwa. Z tego co wiem, to się ciągnie już rok.
- Hola, hola panowie! A wie ktoś kim jest ten delikwent? - zapytał Ramos. 
- Ja wiem.

~*~
O Jezu, zaraz wyjdzie z tego druga "Moda na sukces" 
Straszne, powiadam. Straszne. 
Buziaki ;*

wtorek, 19 sierpnia 2014

IX.

Dlaczego?
Dlaczego on mi to zrobił? 
Teraz, kiedy wszystkie wspomnienia, dobre i te złe, wróciły ze zdwojoną siłą, znowu zaczęłam się nad tym zastanawiać. A prawdę mówiąc mam na to czas, bo tu, w obozie reprezentacji Hiszpanii na razie nic się ciekawego nie dzieje.  
Nie skontaktował się ze mną ani razu od naszego rozstania. 
Ja tego nie chciałam. 
Nie chciałam się rozstawać.
Ja chciałam Jego.
Ale on postanowił coś zupełnie innego. 
A teraz nagle postanowił mnie odzyskać?
On cię dalej kocha.
Dalej mnie kocha? Gdyby mnie kochał, to zrobiłby coś dużo wcześniej, a nie po cholernym roku. 365 dniach. Nie wiem jak dla niego, ale dla mnie to była wieczność. Przez parę pierwszych miesięcy umierałam. Z tęsknoty za nim, za jego pocałunkami. Za wszystkim. 
Nie można było do mnie dotrzeć. Nie rozmawiałam z własną przyjaciółką. A potem chciała mnie wysłać do psychologa. Dzięki Collen, też cię kocham.
A ty dalej kochasz jego.
I co z tego? Już za późno... Tak sądzę. Nie wiem czy jestem w stanie mu wybaczyć, nawet jeśli zacząłby robić wszystko, żeby mnie odzyskać. Po prostu nie wiem, okay? Nie przeżyłaś czegoś takiego, więc nie mów, że wiesz lepiej. 

Jak to się stało? 
Naprawdę chcesz wiedzieć? 

- Koooooooochaaaaaanie! Jadę na zakupy z Colleen, postaram się szybko wrocić - zaśmiałam się i dałam mu buziaka na pożegnanie. wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ostatniego. 
- Paa, baw się dobrze Myszko - powiedział pieszczotliwie. Po tym jak wyszłam musiał zacząć pakować swoje rzeczy, miał naprawdę dużo czasu. Nigdy nie wracałam z zakupów z Col po mniej niż 5 godzinach. Po prostu zabrał swoje najpotrzebniejsze rzeczy i ubrania, w których ja nie chodziłam. (uwierzcie mi na słowo, miał tak zajebiste ubrania, że nawet ja się w nich pokazywałam.) Kiedy wróciłam do mieszkania nie było go. Zostawił tylko liścik na kuchennym blacie....
Przepraszam Myszko, kiedyś ci to wytłumaczę.
Kocham Cię. 
W tym momencie zawalił się cały mój świat. Łzy leciały z moich oczu jak małe wodospady. W pierwszej kolejności zadzwoniłam do Aarona z zapytaniem, czy może On nic mu o tym nie mówił. 
Ale na próżno. 
Nawet nie dzwoniłam do Colleen. Wiedziałam, że jej narzeczony o wszystkim jej powie. Nie myliłam się, była u mnie po 10 minutach i po prostu siedziała trzymając mnie w ramionach. 
Była. 

To cała historia?
Potem, jak mówiłam wcześniej, było parę miesięcy ciężkiej depresji po "stracie" osoby, którą kochałam najbardziej na świecie. Dalej kocham, ale to już się nie liczy, bo on wraz ze swoim odejściem przestał o mnie walczyć. Poddał się. A następną walkę podjął dopiero teraz, po tak długim czasie. 
Przepraszam. Jakieś 4 miesiące po jego odejściu dostałam sms'a z nieznanego numeru... 

Loving you is so hard, you know?

Wiedziałam, że to on, ale każda próba kontaktu kończyła się fiaskiem.... Żadnych raportów dostarczenia, żadnych odpowiedzi... 
Nic. 
Po tygodniu prób zaprzestałam wiedząc, że już go nie zobaczę, nie usłyszę, nie pocałuję. Nigdy. 
Teraz już jest lepiej. Nie myślę, ughh przepraszam, myślałam o nim tak dużo, ale teraz to wróciło. DZIĘKI KOCHANIE! 
Musiałeś mnie odbierać z tego pierdolonego lotniska? Musiałeś? 

*** 
- Przepraszam - darła się moja przyjaciółka. - Przyjechałam tu do Kate Trevino. Macie mi w tej chwili powiedzieć, gdzie znajduje się jej pokój!
- Pani Trevino nie mówiła, że spodziewa się gości. 
- Kurwa mać - powiedziała i zadzwoniła do mnie. - Kate, czy mogłabyś do cholery powiedzieć mi, na którym piętrze i w którym pokoju mieszkasz? 
- Hahahaha, 23 piętro, pokój 2356, nie przejmuj się recepcjonistką i chodź. 
Jak powiedziałam, tak zrobiła. Nie odezwała się słowem do pani za ladą, wzięła swoją walizkę i poszła do windy w akompaniamencie krzyków tejże właśnie pani, z uśmiechem zwycięstwa na twarzy. 

Już chwilę później wparowała do apartamentu, jak na Colleen przystało. Bez pukania. Po prostu wzięła i otworzyła drzwi na oścież. 
- Colleen, co byś zrobiła, gdybym na przykład teraz uprawiała seks na kanapie razem z Fernando Torresem, hmmm? 
- Cześć Kate, też miło Cię widzieć - powiedziała z uśmiechem i wpadła w moje szeroko otwarte ramiona. Stęskniłam się za nią. Cholernie. - Wracając do twojego pytania... Wykastrowałabym go - zasmiała się, a ja jej zawtórowałam.

***
- Cesc, słonko, mógłbyś się uśmiechnąć? - zapytałam. Czesiu zrobił o co prosiłam, ja cyknęłam mu piękne zdjęcie, a Colleen udawała, że ma odruch wymiotny. Powiedziałam jej:
- Jak jeszcze raz zrobisz coś takiego, to odeślę cię najbliższym samolotem do Anglii. A teraz uśmiech! 
- Za fotografa też robisz? 
- Tak Nando, i dodatkowo mi za to płacą, więc macie na nich wyglądać profesjonalnie hahahaha. 
- Się robi kapitanie! - cała reprezentacja krzyknęła i zasalutowała. Kocham tych wariatów. 

*** 
Heeeeej....
Podoba się? 
Następny postaram się dodać jak najszybciej :)
Buziaki ;**